czwartek, 18 lutego 2016

The Final Cut ...2016

po co się pisze bloga? aby uporządkować myśli, zanotować przebłyski geniuszu, w celach autoterapeutycznych?... hm?
a może nadzieja nas rozpiera, że nastolatki będą śledzić z wypiekami każde słowo...
wg definicji jestem autorem 'internetowego pamiętnika', 'dziennika sieciowego, przedstawiającego mój światopogląd'...
tylko po co?   ?    ?                                                                            ?
może dla potomnych...?
chcę ułatwić zadanie potencjalnemu biografowi?
(dlaczego jednak z zawodem stwierdzam dnia każdego,
że nikt nie dodał jeszcze komentarza pochlebnego)... ?    ?

skoro już pojawił się 'potencjalny biograf' to znak, że zmierzam pokrętnie do tytułu dzisiejszego wpisu...
tytuł płyty zespołu Pink Floyd z 1983 roku...?
wracam do chwil istotnych a dawnych - dni pojawiającej się świadomości własnej przygodności...
[mam taką już manierkę, że zdania tworzę kwieciste a niezrozumiałe - o tyle to jest niebezpieczne, że sam zapomnę za jakiś czas znaczenia tego co napisałem...]
coraz częściej wracam do swojej przeszłości - nie chcę analizować zbyt wnikliwie o czym świadczą owe natrętne powroty...
postanowiłem w wieku lat 16, że polubię muzykę zespołu Pink Floyd - i tak też się stało!
w chwili the final cut moją jaźń oplotą sznury znaków zapytania...

?   ?   ?   ?   ?   ?   ?   ?   ?   ?   ?   ?   ?   ?   ?   ?   ?   ?   ?   ?   ?   ?   ?   ?   ?   ?   ?   ?   ?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz