Pora na pora. Wiosna już rozsiadła się jak kwoka na kurczętach. Pojechałem więc do miasta na targ, żeby kupić nasiona i sadzonki. Wybrałem panią na straganie a właściwie to wybrałem jej pory, o może to ona mnie wybrała. Patrzyła bowiem na mnie uporczywie i jakby mnie zachęcała uśmiechem ladacznicy. Pani była wysoka, dobrze zbudowana i dumnie nosiła bujny wąs kawalerzysty. Pozdrowiłem ją tradycyjnym:
- Po ile ma pani pory?
- 50 groszy - powiedziała, a ja usłyszałem sakramentalne tak.
Pani wybiera sadzonki ze skrzynki, liczy i układa je w papierowej torebce. Przyglądam się uważnie, żeby mi jakiejś połamanej czy brzydkiej sadzonki nie wcisnęła.
- Co się pan atak gapi? Wybieram najładniejsze. U mnie wszystkie ładne. A poza tym to nigdy nie wiadomo co z takiej brzydkiej sadzonki wyrośnie. Czasami sadzonka brzydka, a wyrośnie duża i piękna.
- A wie pani, że jak byłem mały, to też byłem bardzo brzydki? - puszczam do niej oko i mój szelmowski uśmiech na dodatek.
Pani popatrzyła na mnie chłodno i powiedziała:
- I dalej jest pan brzydki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz